» Operacja halibut – dziennik wyprawy (część II)

Operacja halibut – dziennik wyprawy (część II)

Po 37 godzinach jazdy nie nadajemy się do niczego, jak tylko do spania. Choć niektórzy byli trochę innego zdania, co nie przeszkadzalo im po przekroczeniu progu, paść na łóżko i zasnąć na 16 godzin…

Sobota. Łódź otrzymaliśmy zgodnie z obietnicą, mogłem ją odebrać tylko ja, bo reszta pogrążona była w głębokim śnie. Zresztą naładowany adrenalina plątałem się po ośrodku nawiązując takie czy inne znajomości. Oczekiwałem na przebudzenie moich współtowarzyszy.

Wieści były i dobre i złe. Dobre, to, że nareszcie zaczęła się w tym roku pogoda do łowienia (i to my ją przywieźliśmy – podobno) a zła, że – tocząc godzinna rozmowę z pracownikiem fabryki (zawodowym rybakiem) – dowiedziałem się, że zębacze oczywiście były tu w dużych ilościach, ale zostały wytępione przez morskie wydry. O czym sam wkrótce miałem się przekonać spotykając olbrzymie zwierzęta pływające w pobliżu portu. Obserwowałem też Niemców powracających z połowów łodziami. Nie zauważyłem porywających sukcesów. Być może, dlatego, że wypłyniecie na pełne morze nie było bezpieczne. Nasza łódź (tak jak zresztą wszystkie z cockpitem w ośrodku) to Arvor 25 produkcji polskiej wyposażone w wewnętrzny silnik 150 koni diesel. Miałem taka na Lofotach niby dużą, ale wędkarsko bardzo kiepsko rozwiązaną. – No to będą jaja jak będzie dobrze wiało, porozbijamy sobie pyski o te klapę nakrywającą silnik – pomyślałem. (Miałem rację, jak się później okazało, nie mówiąc już o innych bardzo ważnych detalach). Jedyne, co było w niej dobre to cockpit, w którym podczas przemieszczania się mogła załoga się schować oraz pojemnik na żywce z pompą (niedługo mieliśmy przekonać się o pożyteczności tego urządzenia). Godz. 15 Budzę załogę (a raczej staram się to zrobić). Śpią już 16 godzin. Podróż była ciężka, ale przyjechaliśmy tu na ryby, wiec może wystarczy. Nareszcie się udało.

torsvag-nasze-lodzie

Nasze kwatery

torsvag-przystan-z-lodziami-osrodka1

Wypływamy, jest godzina 18. Mapy oraz miejsca z całego obszaru wokół Vannoyi mam już od dawna przygotowane. Pomógł mi w tym Internet, a także redakcje szwedzkich miesięczników wędkarskich, do których zwracałem się o pomoc. Przygotowania do wycieczki zabrały dużo czasu, ale się opłaciły. Z materiałów pogodowych, które otrzymuje codziennie od Sonji z dwóch źródeł wynika, że będzie wiało 5 m/sec. Za parę dni pogoda ma się zmienić. Idzie niż, trzeba, więc się spieszyć. Póki się da wybieram „otwarte morze” (jak zacznie wiać, to zostanie nam któraś strona wyspy). Płyniemy jak po sznurku na pierwszą dobrą pozycje „Grotoygrunnen”, która leży jakieś 10 mil morskich na morzu. Dopływamy do małego blatu, który „wypiętrza” się do o głębokości 16 m – teren wokół to 70 – 80 m i piasek z mułem. – Idealne miejsce na kveite. Tylko czy na blacie są ryby – zastanawiam się.

Płyniemy na łowisko

Niestety złowienie żywca w porcie nie powiodło się, wiec wyjmuje z pudelek specjalnie na tę okazję zamrożone śledzie ze Szwecji. Obiecaliśmy wcześniej sobie ze nie będziemy łowić na pilki. – Spróbujcie złowić coś małego – zwracam się do chłopaków – na żywca! Wydaje mi się jakby na to czekali. W toni nikną pilki. Tylko Marek senior zakłada na system z bomem śledzie.

– Nie na pilki, miało być, nie ma pilki – mruczy. Ja ze stoickim spokojem zakładam zestaw z hakami i bomem. Pilki pozostałych dwóch naszych kolegów nie zdążyły dojść do polowy tej niewielkiej głębokości krzyczę „Maaam! Ale daje! Ledwie zszedł. Wrzeszczy Michal, za parę sekund wtóruje Marek Junior. Na pokład „wjeżdżają” seje (czarniak). Nic dużego – takie po 4-6 kg.

– Nie to łowimy – krzyczę do nich – miał być żywiec! Do wody z tym!

Sejki też brały

Znowu dorsze

Sytuacja się powtarza, na pokład znowu wciągane są ładne seje. Zaczynają brać dorsze. Marek: Może weźmiemy trochę dorszy do domu? Jak zacznie wiać, to już tu nie dotrzemy, a gdzie indziej… Chyba ma rację – myślę. Wrócić z Norwegi bez paru złowionych ryb. Przydadzą się w zimie na wspomnienie tego, co tu było.

– No dobra bierzemy, parę – krzyczę. Kątem oka patrzę na Juniora, który „trzyma się ” wygiętego w pałąk kija.

– Co masz – pytam.

– Nie wiem, ale coś olbrzymie, bo ciągnie, a wcześniej miałem coś małego – mówi. Ja już wiem.

– Panowie wyjmowac graty, Junior ma halibuta! Trwa to już z 10 minut. My trzej stajemy się biernymi świadkami dramatu naszego kolegi. Ryba jest duża – nawet udaje się jej osłabiać dryf łodzi.

– No pierwszy dzień i przyda się harpun – mówi. Z wdzięcznością myślę o jego konstruktorze Witku Nowaku.

– K…wa, panowie ja już nie dam rady – krzyczy Junior – Niech ktoś weźmie wędkę. Nikt się do tego nie kwapi, spoglądamy na siebie

– Jedno, co mogę dla Ciebie zrobić, to zapiąć Ci pas biodrowy. Mówiłem Wam żebyście się zapieli wcześniej – zrzędzę. Nagle staje się to, co nie powinno się stać. Wędka prostuje się, lina wiotczeje. Junior patrzy się na nas jakbyśmy mu mieli w czymś pomóc.

– Ale była ryba – mówi. Kręci kołowrotkiem, na końcu „dynda” pusty pilk.

– Ok! Chłopaki wracamy! Tam musi być ich parę – wołam i podciągamy na to samo miejsce. Wcześniej udało mi się złowić kilową seję, wiec postanawiam na nią łowić. Znowu dryf i znowu ryby na pokładzie. Tym razem Michał i Junior wyciągają ładne dorsze – jeden 14 kg, drugi większy Bawię się moim żywcem. Nagle lekkie przytrzymanie i zaraz mocne tąpnięcie. Zacinam „od razu” i wkładam dolnik kija w pas.

– Mam kveite, wyjmijcie graty – krzyczę. Luzuję hamulec. Ryba idzie w dół, jak ciężar z ołowiu. O tym, że to żywe zwierze świadczą tylko sekundowe uderzenia. 10, 15, 20 metrów – staram się liczyć kolory plecionki. Odległości się nie boję – mam przecież 600 m na kołowrotku.

– Włączcie silnik – mówię jednak do chłopaków. Zapieram się kolanami o burtę. O przypon też się nie martwię – dwa haki Ovnera i lina o przekroju 2 mm – mogę zatrzymać pociąg. Nie liczę minut.

– Może popłyniemy za nią – mówi Michał.

– Eeee, nie, jeszcze nie trzeba – odzywam się podniecony. Wiem, że na końcu liny jest duża ryba, która się nagle zatrzymała. Pomyślałem, że doszła do dna i położyła się. Zerknąłem na kołowrotek. Ubyło trochę liny. Nagle znowu ruszyła. Podkręciłem trochę hamulec.

W akcji

– Teraz nie pójdzie Ci tak łatwo – pomyślałem gotowy do drugiego etapu. Kilka mocnych wahnięć i nagle poczułem na wędce luz. Nie wierzę! To się nie mogło stać! Upadłem na kolana.

– NIEEEEEEEEE – wyrwało się z mojego gardła. Byłem pokonany. Z mieszanymi uczuciami nawijałem powoli linę. Może jeszcze uderzy. Po chwili naszym oczom ukazał się zestaw, a na nim resztki zmasakrowanego seja na jednym z haków. Jakim cudem się odpięła? – Może byśmy wrócili – zapytałem? W odpowiedzi usłyszałem, że jak na pierwszy raz wystarczy adrenaliny. Popatrzyłem na zegarek – Łowimy dopiero 2 godziny – upierałem się. Nie wystarczy Wam tego spania? Dobra wracajmy, jutro tu znowu przypłyniemy. W ośrodku byliśmy o 22. Krótkie podsumowanie minionych dwóch godzin – około 100 kg, a liczyliśmy tylko duże ryby, no i kontakt z dwoma gigantami. Pomyślałem, że jak na pierwszy wypad, to bardzo dobry wynik – pomyślałem.

Wędkarski porządek

Jeszcze tylko oczyścić złowione ryby. Przedłużyło się to trochę. Wrażenia „zabrały” sen, nim się spostrzegliśmy była już 5 rano. Niedziela Budzę się dużo wcześniej niż inni. Trzeba sprawdzić pogodę i przygotować trasę. Chodzę się po ośrodku i rozmawiam z ludźmi. Jak na razie bez rekordów. Nareszcie jesteśmy gotowi. Godz. 19. pogoda jest ok., więc decyduję się ponownie wypłynąć na wczorajsze miejsce. Dopływamy dość szybko. Morze jest spokojne wieje 4 m/ sec. Zapowiada się niezłe wędkowanie. Połowa załogi decyduje się łowić tradycyjnie, ja i Marek senior łowimy za halibutem na żywe baity. Idzie nam opornie, z zazdrością patrzymy na zakasane rękawy naszych kolegów. Na pokład lądują dorsze powyżej 10 kg i niewiele mniejsze seje – staramy się je odhaczać delikatnie i wypuszczamy prawie wszystkie.

Uff - jaki ciężki

Eldorado trwa. Po chwili trafia się jakiś lub (brosma) i longi (molwy). Niestety tych ryb nie da się wypuścić, wyciągane (do przesady ostrożnie) z dużej głębokości nie wytrzymują jednak zmiany ciśnienia. Opuszczamy to miejsce, aby skończyć z łowieniem tych ryb. Zrywa się silny wiatr, jesteśmy tak zmęczeni łowieniem ze postanawiamy o powrocie. Michał robi krótki bilans -180 kg ryb – tylko te powyżej 10 kg. Nieźle! Wiatr jest coraz silniejszy, godz. 2 w nocy (poniedziałek). Nareszcie port. Poniedziałek Niestety wieje silny wschodni wiatr. O wyjściu na pełne morze nie ma mowy, wiec łowimy zasłonięci od wiatru w pobliżu ośrodka. Mam tutaj zaznaczonych parę miejsc na kveite. Sprawdzamy, ale nic się nie dzieje. Biorą tylko lubby i longi, wpływamy w miejsce gdzie nasze przynęty atakują karmazyny. No to będzie kolacja! Ryby nie są duże, do 500 gram , ale bardzo smaczne, łowimy ich 30 sztuk. Zniechęceni łowieniem małych rybek postanawiamy powrócić. Robię bilans – około 50 kg, w większości brosma. Największa sztuka ma ponad 4 kg. Ale gdzie te zębacze?

Większych nie było

Wtorek

Budzę się wcześniej niż wszyscy (jak zwykle). Czasami sobie myślę, że najlepiej byłoby jakbym spał na łodzi. Godz. 14. Nasza kwatera jak wymarła – załoga śpi jak „zabita”. Widać, że trudy podroży i pływania dają się im we znaki. A przed nami jeszcze półtora tygodnia. Robię głośną pobudkę – bez odzewu. Idę na pomost. Właśnie wracają Niemcy. Patrzę się na nich i zazdrość chwyta mnie za gardło. Mają 3 halibuty, robią zdjęcia. Dopływają inni, też z halibutami. Nie są duże, takie od 5 do 10 kg, ale są! Teraz już naprawdę budzę załogę. Wypływamy o godz. 18. Na chwilę przed odpłynięciem woła mnie Sonja.

– Marek, chcecie zobaczyć dużą kveite?

– Jaka duża – odpowiadam?

– Jakieś 300 kg.

– Ile – nie wierzę uszom – może 30?

– Nie! 300! Płynie tu kuter i taką mają.

Opowiadam o wszystkim chłopakom. Czekamy. Zrobimy zdjęcia. Mały kuter zbliżający się do pomostu jest jakoś dziwnie przechylony.

– Patrz! Jest kawałek ryby, jak ma taki przechył – mówię do Juniora. Marek nic nie mówi, ale kiwa przejęty głową. Rybak cumuje, a my opuszczamy dźwigiem hak na łańcuchu. Wszyscy przejęci wypatrują kolosa. Za chwilę w łuku ładowni pojawia się jej ogon, później cała reszta. Patrzę ze zdziwieniem na Sonje.

– Miała mieć 300 – mowię do niej i śmieję się. Ryba nie jest większa niż 50, miała ważyć 300! Krzyczymy do Norwega, on patrzy się na nas i woła:

– A co! Pożartować już nie można! Wybuchamy śmiechem. Ważymy rybę. Ma 43 kg. Może nie miała 300 kg, ale wszyscy chcielibyśmy taką złowić. Robimy zdjęcia i „rzucamy się” do naszej łodzi.

Miał ważyć 300 kg ;)

Aby dostać się do planowanego miejsca musimy wypłynąć na morze i opłynąć północną cześć wyspy. Północno-wschodni wiatr przybiera na sile. Ma wiać 9 m/sek. Na razie tylko 6. Wychodzę zza osłaniających nas skał na pełne morze. Pojawia się 2-metrowa fala. Czeka nas „sztormowanie pod nią”, aby dostać się do fiordu we wschodniej części wyspy. Z wcześniejszych źródeł zaczerpnąłem wiadomość: fiord mały, ale bardzo rybny przede wszystkim bogactwo fladry – 2 wędkarzy przez 2 godziny złowiło 150 sztuk. To daje do myślenia. Jeszcze tylko tam dotrzeć. Za nami już najgorsze, ale czyżby? Fala jest mniejsza, bo osłaniają nas skały, ale za to wg. mapy jest bardzo płytko, są też wielkie głazy. GPS-owi, wierzę, ale w pewnych granicach ( doświadczenie), wolę więc wystawić Juniora na „oko”. Umawiamy się co do znaków, (w kabinie nic nie słychać oprócz wiatru). Na pokładzie pełne pogotowie – każdy zna swoją funkcję. Płyniemy bardzo wolno już tak z godzinę. Trochę mi żal „oka”, bo cały czas płyniemy pod wiatr, ale trzyma się dzielnie. Dobrze ubrany i dostaje gorącą herbatę na każde skinienie. Łódź przesuwa się nad ogromnymi głazami. Metr wody mniej i – nagle wg. mapy głębiej – w rzeczywistości też. Junior może odetchnąć. Wchodzimy do fiordu. Jest jak w bajce. Woda – lustro, ani jednej zmarszczki, jesteśmy osłonięci szczytami, możemy nareszcie odpocząć. Uzbrajamy wędziska. Wszyscy łowimy na naturalne baity. Śledzi zamrożonych mam jedna paczkę. Michała zestaw w wodzie ląduje pierwszy, my się trochę guzdrzemy.

– Maaaaam – krzyczy. (Wędka wygina się trochę, ale nie wystarczająco na „rekord”)

– Co masz – pytam.

– Nie wiem, ale daje – odpowiada spokojnie. Przechylamy się i w toni widzimy szarobrunatny cień.

– Masz małego halibuta – mówię. Za chwilę podbieramy ostrożnie rybę. To jego pierwszy halibut. Ważymy szybko – 3,5 kg.

– Przyjdź z mamą – mówi Michał i wypuszcza rybkę. No nieźle się zaczęło – myślę. Stoimy w środku fiordu, Każdy marzy o halibucie. Kolejne brania, jedno po drugim – to rdzawce. Jest ich cała masa. Te zaczepione na hakach odprowadzane są niemalże do powierzchni przez pobratymców. Nie nadążamy z wyciąganiem i wypuszczaniem tych ryb. Nie są duże – takie do 2,5 kg. Nie zakładamy już całych śledzi, dzielimy na kawałki. Ze złowionymi w porcie i trzymanymi w zbiorniku z woda żywymi sejami też koniec. Trwa – wydaje się – „nieskończone” łowienie rdzawcy. Zostawiam sobie jednego całego śledzia. Jako przynętę stosujemy juz teraz rdzawce. Orgia brań trwa. Prześladuje nas już tylko myśl o złowieniu halibuta. Ale jak się przebić przez to stado rdzawcy? – Są wszędzie – mówię. Zmęczeni monotonią wyciągania małych ryb odpuszczamy. Płyniemy po fabrykę (tu wszędzie są przetwórnie). Cumujemy do pali. Tu kiedyś dwóch Szwedów przeżyło swoje „plastugowe eldorado” – 150 sztuk w dwie godziny, nieźle. Zbroimy lekkie wędki i stawiamy je „na grunt”. Z „Eldorada” nici – flądry biorą z rzadka i są niewielkie. Może, dlatego że to początek maja, a oni łowili w lecie? Michał na swoją przynętę wyciąga olbrzymiego kraba Darujemy mu wolność. Co jakiś czas „kolektor” fabryki „wypluwa” zwłoki ryby. Ten sam gatunek (nigdy go nie widzailem wcześniej – teraz wiem – pol. Tasza – kto to je? ) i widać że nie nadaje się do przetworzenia (bo Norwedzy wszystko zużywają) wykrawana jest tylko mała cząstka tej ryby. Co jakiś czas zwłoki przesuwają się wzdłuż łodzi. Budzi to moje mieszane uczucia. Mogłyby przecież żyć skoro się do niczego nie nadają. Obijamy od pali fabrycznych. Oprócz paru fląder i kraba nic się „nie działo”. Szkoda – liczyłem na wybuch brań w tym miejscu. Płyniemy pod przeciwległy brzeg. Tu jest tylko 15 metrów głębokości. Poruszamy w gore i w dół przynętami. Może tu coś. Nie zdążyłem pomyśleć – ciężkie uderzenie w mojego śledzia. Zacinam od razu. Pierwszy odjazd w dół, później w kierunku środka fiordu.

– Maaaaaaaaam – krzyczę. Siedzi halibut! Chłopaki momentalnie wyjmują sprzęt z wody.

– Włącz motor i odpłyń wolno na środek – mówię do Michała. Mimo że mam rybę rozglądam się dookoła i widzę, że zbliżamy się do zastawionej przy brzegu sieci. Halibut posłusznie i na szczęście nie idzie w tamtym kierunku. Wychodzę na zewnątrz łodzi na platformę z tyłu. Tu czuję się wolny. Po chwili podpompowuję rybę do powierzchni. Na oko ma jakieś 12 kg. Nurkuje znowu, ale na tym sprzęcie nie ma żadnych szans. Po chwili jest przy burcie. Marek Senior wprawnym ruchem haka wrzuca ja na pokład. Robi trochę zamieszania. Jest jednak większa niż myślałem. Jeszcze ważenie – ma 16,4 kg. Wypluwa śledzia i małego seja. Nieźle żerowała – myślę i podnoszę ją do zdjęcia.

i po akcji

Łowimy jeszcze chwilę w tym miejscu, ale bez efektów. Znów „orgia” rdzawców. Postanawiamy wracać. Po drodze zatrzymujemy się na pełnym morzu, trochę jest spokojniej. Mamy totalny brak baitow, pilkujemy. Łowimy kilkanaście dorszy 4- 7 kg – wszystkie wypuszczamy. Liczyliśmy na coś innego. Wpływamy do portu. To już środa. Godz. 5 rano. Jeszcze tylko zdjęcia z czapką Świętego Mikołaja na głowie i halibutem (na święta dla znajomych zamiast kartek) i przygotowanie łodzi do następnego pływania.

W Norwegii nazywają ją "świąteczną rybą"

Chłopaki już śpią. Ja muszę sprawić halibuta. Idę do chłodni. Przed nami byli tu Niemcy. Całe dwie duże balie pełne ryb. Mają tylko wycięte filety grzbietowe. Nie wierzę oczom! To tutaj też?! Z czymś takim spotkałem się po raz pierwszy na Froyi. Tam były rekordowe 15-17 kilowe seje z wyciętymi tylko partiami grzbietu, reszta lądowała w wodzie. A teraz dorsze tutaj! Jestem wściekły, jakie marnotrawstwo! Chyba nie zasnę, muszę to pokazać Sonji. Robie zdjęcia. Zaczyna padać śnieg.

Tak Niemcy traktują zdobycz

Kładę się na parę godzin. Wstaję kolo południa, śnieg już stopniał. Z naszych „sypialni” rozlega się donośne chrapanie. Idę do sali „konferencyjnej” ośrodka, spotykam Sonje w kuchni

– Przygotowuję obiad dla Niemców. Nie śpisz – pyta.

– Chyba późno wróciliście, bo jak odchodziłam to Was jeszcze nie było.

– Tak – nad ranem – odpowiadam. No i przełamaliśmy passę, złowiłem nareszcie kveite – śmieję się. – No to super. Musisz mi zostawić zdjęcie z czapką św. Mikołaja to je tu powieszę. Może chcesz obejrzeć film wędkarski z naszych terenów?

– Pewnie że chcę – odpowiadam. Ale najpierw muszę Ci coś pokazać, coś, co nie pozwala mi zasnąć. Idziemy do chłodni. Po drodze mijamy unoszącą się na powierzchni wody seje z wyciętym grzbietem.

– Co o tym myślisz – pytam.

Godz. 16. Pobudka. Kolektywnie uzgadniamy zmianę systemu ze względu na wyjazd w sobotę. Na łowienie wypływamy za parę godzin. Tak będzie najlepiej. Czwartek Godz. 2 w nocy . Pobudka. Wychodzimy jest 3.00. Wieje zapowiadana 9-tka. Wyjście na pełne morze bez sensu. Kierujemy się na południe ( wzdłuż wyspy) – płyniemy w kierunki osławionego i legendarnego już Vannoyi Sjöcamp prowadzonego przez Roalda i Helen Jensen. Tutaj zaczęła się historia pt: „Vannoyi”. Zresztą złowione przez wędkarzy tego campingu okazy mówią za siebie: halibut – 190 kg (04 – rekord świata na wędkę), zębacz plamiasty – 28,7 kg (rekord świata), zębacz – 10,5 (96), karmazyn – 6kg (99), dorsz – 27,5 kg. Rekordy i gatunki można mnożyć. Dodatkowym plusem tego miejsca jest to, że przy złej pogodzie można z powodzenie łowić w pobliżu campu chroniąc się od silnego wiatru. To tutaj pamiętnego lata roku 2002 dwóch Niemców używając żywej seji jako przynęty w ciągu paru godzin złowiło nie mniej nie więcej jak 26 halibutów pomiędzy 8 a 59 kg. Płyniemy więc pełni nadziei. Łowienie nie przynosi jednak większych rezultatów. Na pokład wciągamy dorsze o wadze do 5 kg (które natychmiast wypuszczamy) oraz duże ilości lubba, trafia się też longa.

Agresywny

Niestety żadnych rewelacji. Trafiamy wg współrzędnych na miejsce, które „śmierdzi” halibutem. Łowimy bez efektów. Patrzę z niepokojem na wskaźnik paliwa. Chcielibyśmy zostać tu dłużej, ale może zabraknąć paliwa. Mieliśmy wypłynąć na chwilę. Jestem trochę zły na siebie, że musimy wracać. Jak ja nie pomyślę, to już nikt tego nie zrobi – irytuję się (kiedy już wracaliśmy wpadło mi do głowy, że przecież mogliśmy zatankować na innym campingu, ale jestem zakorkowany – myślę; to irytuje mnie jeszcze bardziej). Przypływamy do portu – zwyczajna procedura: wyładunek i czyszczenie lodzi. Biorę taczki i zawożę te nieszczęsne lubby i longi do fabryki. Trochę mi żal. Piątek Wieje mocniej niż wczoraj. To jednak żadne zaskoczenie, bo doskonale znaliśmy prognozę pogody. Tym razem wychodzimy wspólnie w kilka lodzi. Są z nami Niemcy i nasi koledzy z Polski, którzy zjawili się tu wczoraj. Mają odkryte łodzie, nie zazdroszczę. Jak już się wydaje forsę, aby tak daleko pojechać i łowić, nie opłaca się oszczędzać na łodziach. W skrajnym wypadku można w ogóle nie wypłynąć taką łodzią. Łowimy w pobliżu ośrodka, nikt nie płynie w kierunku morza. Nic się nie dzieje. Na pokład wciągamy longi i lubby, trafia się karmazyn. Niewielki sztuki, nuda. Postanawiamy zakończyć łowienie, spływamy żeby się spakować. Jutro czeka nas znowu podróż – do Saltsrömmen.

Sobota Godz. 9. Po spakowaniu oddajemy mieszkanie. Dziękujemy Sonji za gościnę. Jak zawsze uśmiechnięta mówi: jak będziesz chciał tu przyjechać, to daj wcześniej znać, coś wyskrobię. I przypomnij się zawsze tym zdjęciem w czapce Mikołaja – śmieje się . Jeszcze prom na ląd stały. Ta sama procedura, co przy wjeździe. Znowu, śpiącego przy stoliku, budzi mnie kasjer: no i co złowiłeś halibuta?

– No pewnie, że złowiłem – mówię. Po to tu przyjechałem.

– Nie żartuj, jaki duży?

– 27 kg – kłamię bez zająknięcia. Oczy Norwega robią się duże.

– Naprawdę?

– Nooo – uśmiecham się. Marek Senior tłumaczy chlopakom co powiedziałem. Wybuchają śmiechem.

– Ty kłamco! – mówią zgodnie.

– No cóż, wędkarzowi nawet zabita ryba rośnie – odpalam ze śmiechem. Czeka nas „tylko” 700 km. Siadam za kierownice King – Caba, żeby nie mówili że się opieprzam. Chciałbym już być na miejscu – z tą myślą dodaję gazu. W ciemnym tunelu, gdzieś w Trompo, błysk kamery drogowej budzi Michała i resztę.

– Co tak błysło? Czy to czasem nie kamera – pyta Michał.

– Chyba taaaaaaak k….wa – odpowiadam wściekły.

– No to masz ładne zdjęcie na policji. Szkoda ze nie masz tej czapki św. Mikołaja na głowie – rechoczą z myślą o paru tysięcznym mandacie

– Naprawdę nie jest mi do śmiechu. Jak macie pie…..lić, to idźcie lepiej spać, i tak innego nic nie robicie przez cały czas – odgryzam się.

Przestało sypać

W drodze do Tromso

Dojeżdżamy do Narviku (czytając w szkole książki wojenne marzyłem, aby się tu znaleźć. Michał zresztą też mnie upomniał:

– Żebyś tylko nie przejechał Narviku. Pamiętaj.

– Nie, nie przejadę – odpowiadam.

Dzień jest naprawdę ładny, zatrzymuje się. Obok cmentarz przy głównej drodze, po lewej stronie olbrzymia góra.. To stamtąd strzelali Niemcy do wszystkiego, co się ruszało we fiordzie. Rzeczywiście bastion nie do zdobycia. U podnóża góry cmentarz. Znakomicie utrzymany. Wchodzimy. Po prawej groby niemieckie, po lewej w kierunku stoku mogiły Aliantów – Kanadyjczycy, Francuzi, Anglicy, Polacy, Legia Cudzoziemska. Istna Wieża Babel. Nie możemy się jednak doszukać „polskiego cmentarza”, o którym tyle kiedyś czytaliśmy. Obok ogrodzenia schylona postać starszej kobiety. Podnosi głowę, kiedy podchodzę do niej. Przedstawiam się i mówię, czego szukam.

– Jesteś Szwedem – pyta. Przecząco kiwam głową.

– Nie. Jesteśmy z Polski.

– Aaaaaaaa Polacy – mówi i zaczyna opowiadać. Na koniec dodaje – To były straszne czasy. Ty sobie tego nie wyobrażasz. Polski cmentarz leży trochę dalej, w centrum dzielnicy willowej na wzgórzu. Najładniejszy widok na cały fiord. Tam leży cała załoga Groma – mówi.

Na tych zboczach były niemieckie stanowiska

Pomnik ku czci marynarzy Gromu

Żegnamy się z tą sympatyczną kobietą i jedziemy paręset metrów dalej, skręcamy między wille. Z dala widać odlaną w brązie postać marynarza trzymającego w rekach pocisk. To obelisk ku czci marynarzy „Groma”. Rzeczywiście, jak tu ładnie. Czy musieli zginać? Robimy zdjęcia, czym wzbudzamy ciekawość mieszkańców. CDN.

Marek „maro” Gryglewski

Zdjęcia: Michał Koper